poniedziałek, 19 czerwca 2017

Jak zacząć się uczyć języka obcego?

Internet, jako że jest ogromną skarbnicą ludzkich myśli i opinii, zawiera już tysiące artykułów na temat sposobów rozpoczęcia nauki języków obcych, jednakże i ja chciałabym dołożyć do tego wszystkiego swoją cegiełkę. Zapraszam do przeczytania wpisu.


Nie jestem ekspertką od języków... ba, nie jestem nawet absolwentką żadnych studiów lingwistycznych, jednakże nauka języków obcych stała się moją prawdziwą pasją i towarzyszy mi każdego dnia na tyle, na ile pozwalają możliwości czasowe. Chcę w związku z tym podzielić się moimi spostrzeżeniami i doświadczeniami, jak się uczyć, BY SIĘ NAUCZYĆ i nie tkwić w ciągłym językowym plateau. Po wielu próbach, popełnionych błędach i bolesnych upadkach w końcu obrałam swoją własną strategię nauki języka i mam takie nieodparte wrażenie, że tempo nauki jest coraz szybsze, a postępy widzę każdego dnia. Każdy jest inny, ale może niektóre mechanizmy i Wam pomogą w zagłębianiu tajników języka, którego właśnie się uczycie. Nie tylko francuskiego :) Przyznam skromnie, że sama zaczęłam niedawno spacerować po włoskim świecie językowym i na pewno będzie łatwiej, bo szukanie odpowiednich narzędzi podczas nauki wcześniejszych języków przetarło mi pewne szlaki i już wiem, które nie doprowadzą donikąd.

ŻEBY NAUCZYĆ SIĘ JĘZYKA, TRZEBA WIDZIEĆ SENS TEGO.

Bez względu na to, czy władacie jednym językiem obcym, czy kilkoma, a może nawet żadnym, to na pewno zauważyliście fenomen naszej edukacji – kilka, czy kilkanaście lat uczenia się języków w szkole niejedną osobę zaprowadziło do momentu, w którym... nie umie ona przeprowadzić banalnej konwersacji w piekarni, lub nawet nie potrafi obcokrajowcowi, który zapyta ją o drogę do rynku wytłumaczyć, że znajduje się on tuż za rogiem. Przykre, prawda? Jakbyśmy zaczęli podliczać, ile godzin taka osoba przesiedziała na samych lekcjach języka, zakładając, że uczyła się go od 1 klasy podstawówki przez około 12 lat, a każdego tygodnia miała po 1 godzinie lekcyjnej z języka, wyjdzie nam, że spędziła... setki godzin... Dodajmy do tego jeszcze czas przygotowywania się do lekcji i sprawdzianów... Tyle czasu... zmarnowanego? Oczywiście na cały proces nauki wpływa zapewne spora liczba czynników, ale rezultat na pewno rośnie na solidnym podłożu motywacji. Gdy brakuje odpowiednie silnego bodźca, który zachęci do nauki i pokaże, że języki obce są faktycznie potrzebne, to pewnie nikt nie będzie odczuwał potrzeby oddania się poznawaniu języka. Mi tego właśnie w szkole brakowało. Teraz czasy są inne niż 15-20 lat temu, ale gdy ja chodziłam do szkoły, to internet dopiero zaczynał być popularny i nie każdy miał do niego dostęp na co dzień. Nie widziało się potrzeby zastosowania języka do wyszukiwania informacji, bo to nie było po prostu potrzebne. Nie widziało się stron i komentarzy w innych językach pod filmami i artykułami, nie potrzebowało rozmawiać z obcokrajowcami. Kto nie jeździł za granicę na wczasy z rodzicami, to też nie miał namacalnego przykładu, że język rzeczywiście stanowi podstawowe narzędzie komunikacji, bo bez niego nie kupimy biletu w autobusie. Rzecz jest więc banalna – GDY SIĘ NIE WIDZI POTRZEBY NAUKI JĘZYKA, NIE MA SIĘ DO NIEJ MOTYWACJI, A BEZ MOTYWACJI NIE MA NAUKI. I koło się zamyka. Gdy ktoś Wam powie, że warto nauczyć się naprawiać zlew nie będziecie widzieli najmniejszego sensu tego robić do momentu, aż Wam się kran zepsuje, a nie będzie nikogo, kto mógłby Wam go zreperować. Dopiero wtedy zaczniecie kombinować, co by tu zrobić, by ten kran naprawić. I znajdziecie sposób! Bo człowiek jest już tak skonstruowany, że gdy czegoś potrzebuje, to robi wszystko, by to zdobyć.  

NIE ZAMYKAJCIE SIĘ NA SAMYM POCZĄTKU TYLKO I WYŁĄCZNIE NA NAUKĘ PODSTAW. NIE BÓJCIE SIĘ OD RAZU KORZYSTAĆ Z JĘZYKA – NAWET Z JEGO BARDZIEJ ZAAWANSOWANYCH STRUKTUR. 

Językiem należy się otaczać – to nie jest wyliczone 15 minut dziennie na otwarcie książki i przerobienie jednego krótkiego tematu, wypisanie kilku słówek i reguł gramatycznych, a następnie zamknięcie jej i odstawienie na półkę na kolejne 24 h, bo to stanowi TYLKO długą i nudną drogę... do zapisania zeszytu. No cudownie! Będziemy mieli notatki, ale co ma piernik do wiatraka? My językiem mamy się posługiwać, więc ma być w głowie, a nie na kartkach papieru. Jak uczymy się wiązać sznurówki, gdy jesteśmy dziećmi, to nie wykonujemy tysiąca rysunków wraz z opisem, jak to po kolej robić, tylko to po prostu robimy. Samo porównanie sznurowania butów do nauki języka może się wydawać nieco śmieszne – bo przecież sznurówki wiąże się w 3 sekundy, a naukę języka prowadzi... przez całe życie? No, ale nie o czas chodzi, ale o sam proces poznania nowej rzeczy i jej wykorzystania! Podobnie rzecz się ma do przygarnięcia zwierzęcia, które się przybłąkało  – bierze się je do domu i od razu zaczyna nim opiekować, a nie czyta najpierw piętnaście książek, jak karmić, jak głaskać, jak mówić, jak leczyć, przy czym zwierzę głodne czeka za drzwiami na moment, aż bogatym w wiedzę się je otworzy i w końcu poda miseczkę z jedzeniem. Gdy się kupuje nowy wyciosany w kosmos aparat fotograficzny, to nie spędza się tygodni na zapoznawaniu z instrukcją obsługi i czytaniu jakie parametry co oznaczają podczas gdy aparat kurzy się na półce, tylko bierze się go do ręki i zaczyna robić zdjęcia, wzbogacając w wiedzę i umiejętności w między czasie. Żeby coś poznać, to trzeba to po prostu pomacać! Nie nauczy się człowiek chemii i nie zrozumie jej wtedy, gdy będzie tylko cudowne fikuśne wzory przepisywał z książki i podziwiał ich kształt. On musi wejść do laboratorium i zacząć prowadzić reakcje, aby połączyć wiedzę z książki ze zrozumieniem, o co tak naprawdę chodzi i jak z tym dalej postępować. Dopiero połączenie teorii z doświadczeniem sprawi, że będzie robił postępy i doskonalił swoje umiejętności, a to przyniesie mu satysfakcję – takie oto cudowne uczucie będące przecież siłą napędową do dalszego działania! A więc wracając do języka, moja mała rada – od momentu podjęcia decyzji (którą kierują jakiekolwiek motywy) WSKOCZCIE W OCEAN JĘZYKOWY – nie przejmujcie się, że jest głęboki – zobaczycie, że nie zatoniecie, tylko będziecie się unosić na powierzchni łapiąc molekuły wiedzy przepływające między waszymi palcami jedna za drugą. Do czego zmierzam? No więc oddalmy się od tych wszystkich metafor i przejdźmy do konkretów. Powiedzmy, że zaczynacie uczyć się jakiegoś języka – świetna decyzja. Jak to sobie wyobrażacie? Ano trzeba się zapisać na kurs językowy, kupić książki... ale kurs rusza za miesiąc – nie szkodzi, poczeka się. Przychodzi dzień pierwszych zajęć – poznaje się alfabet, podstawowe zwroty, nazwy narodowości... Potem w domu powtarza wszystko, żeby jak najwięcej zapamiętać – bo w końcu ma się na początku mega motywację i chce się nauczyć ABSOLUTNIE WSZYSTKIEGO i na kolejnej lekcji mieć zamontowany w głowie dosłownie każdy wyraz. I po kolejnej lekcji to samo... Aż w końcu się okaże, że w tygodniu nie było czasu, by się pouczyć i zaczęły się pojawiać braki, a ich obecność zmniejsza obracający się szybko, ale już niestety wolniej niż na samym początku silnik motywacyjny. Wszystko zależy oczywiście od języka, jaki wybieracie, ale czy faktycznie na samym początku musicie wiedzieć, jak powiedzieć belg, austryjaczka, japończycy, chiński, czy Albania? Czy naprawdę musicie wkuwać po kolej odmianę czasownika być, mieć, robić, iść, trzymać przez wszystkie osoby? Czy to jest najważniejsze, by powtarzać jak mantrę: „ja jestem, ty jesteś, on jest, ona jest, ono jest, my jesteśmy itd...”? Ile lekcji, ile miesięcy musi minąć, zanim będziemy potrafili powiedzieć „idę zrobić obiad”, bez obmyślania jaką końcówkę użyć w czasowniku. Olalalala... też przez to wszystko przechodziłam, a teraz wiem jedno. NIEISTOTNE SĄ PODSTAWY! Niejeden z Was się pewnie skrzywił czytając, co ja tutaj piszę. Ale spójrzcie... Mamy internet – taką kopalnię informacji – zacznijmy sobie szukać słowa, które używamy na co dzień w ojczystym języku, spróbujmy konstruować użyteczne zdania. Gdy idę zmienić żwirek dla kota, to dla mnie to powiedzenie „czyszczę kuwetę” jest bardziej istotne, niż wyrecytowanie wszystkich narodowości w Europie. Sprawdzam więc, jak takie proste zdanie wypowiedzieć. I notuję. Nie wiem, czy będzie poprawne gramatycznie? Mam internet, więc mając czasownik i rzeczownik, po wpisaniu w wyszukiwarkę, gdy będzie źle, wujek google mnie poprawi i wyskoczą mi tysiące stron, gdzie takie zdanie zostało już przez kogoś użyte! Oj, okaże się, że są jakieś rodzajniki, albo nie, że jest jakiś szyk zdania, albo inne kwiatki. I co się okaże – że nie tylko nauczyłam się w nowym języku zdania, które w ojczystym wypowiadam kilka razy dziennie, ale i już zaczęłam poznawać (całkiem przez przypadek jako efekt uboczny) reguły gramatyczne, jakie rządzą językiem. A idąc standardowym tokiem nauki, kiedy umiałabym takie zdanie powiedzieć? Hmmm... po 3 semestrach, 3 latach? To, co chcę Wam przekazać w tym wpisie, to to, że język to nie matematyka, gdzie powstałe na początku braki odetną wam prąd w dalszej nauce. Językiem mamy się posługiwać i dla mnie najważniejszą rzeczą jest MÓWIĆ w danym języku, nawet jeśli będą się pojawiać błędy. A uwierzcie, że błędy są nieodłącznym elementem nauki i KAŻDY z Was poznając nowy język POPEŁNIA BŁĘDY! Niezależnie od tego, czy rozpoczynacie proces nauki i już w pierwszym tygodniu rozmawiacie w obcym języku (bo np. zbłąkany w Waszym mieście Native Speaker zaczepił Was na ulicy i poprosił o pomoc w odnalezieniu jakiegoś miejsca), czy dopiero po 3 latach nauki wyjeżdżacie za granicę do Państwa, w którym dany język występuje – POPEŁNIACIE BŁĘDY. Po prostu. Więc nie ma się co bać mówić z błędami – a będą one eliminowane, im więcej testów przeczytacie i im więcej będziecie słuchać danego języka. Najważniejsze, to wyzbyć się blokady mówienia. A jeśli znowu marszczycie brwi czytając to, bo wiecie, że nie macie w planie wyjazdu za granicę w najbliższym czasie, ani nie odwiedzicie żadnego native speakera, czyli po prostu nie macie szansy by z kimś rozmawiać, to powiem Wam tak – MÓWCIE DO SIEBIE! „Ale jak to? Przecież to nie wyeliminuje moich błędów! Przecież sam się nie zdołam poprawić, bo po prostu nie wiem, że mówię coś źle” – myślicie sobie. No i zgodzę się z tym – błędów nie wyłapiecie, ale wypracujecie sobie pewien mechanizm. MECHANIZM MÓWIENIA. Z trzech części dotyczących języka – MÓWIENIA, PISANIA i CZYTANIA – ten pierwszy jest chyba najtrudniejszy. A jak zaczniemy próbować konstruować zdania w obcym języku (nawet na samym początku) i dostosowywać je do sytuacji codziennych, w których się znajdujemy w danej chwili, to spowoduje to, że chcąc nie chcąc zaczniemy tworzyć przestrzeń do MYŚLENIA W OBCYM JĘZYKU. 

OTACZAJCIE SIĘ JĘZYKIEM JUŻ OD PIERWSZEJ MINUTY PO PODJĘCIU DECYZJI O JEGO UCZENIU SIĘ.

Już od samego początku obcujcie z językiem. Nie traktujcie języka, jako zło konieczne obrane w jakieś ramy czasowe, bo języka uczy się przecież... całe życie. Nawet w języku ojczystym co rusz poznajecie jakieś nowe słowa, bo nie znacie przecież wszystkich! Język powinien Wam towarzyszyć tak często, jak to jest tylko możliwe i zamienić się w przyjaciela, z którym uwielbiacie spędzać czas, a nie wroga, którego musicie pokonać. Wróćmy tutaj do zamiaru przerobienia codziennie jakiejś porcji materiału z podręcznika. Zakładacie, że np. od 17:00 do 18:00 macie godzinę intensywnej nauki... O rany... takie postępowanie kojarzy mi się... z więzieniem. Wybija 17:00 i nie mam wyjścia – ładna pogoda, a ja siadam do nauki języka. Ile tych 17:00 musi wybić, abyście rzucili książkę w kąt i więcej do niej nie wrócili? Tak się dzieje, gdy coś na siłę planujemy. Planowanie jest fajne, owszem, ale warto robić to z głową i nie wprowadzać jakiegoś strasznego reżimu. Lepiej założyć, że język będzie z nami cały czas – w dni słoneczne i deszczowe, nad morzem i w górach, w domu i w mieście, rano i wieczorem... i nieważne w jakiej formie. Przecież jest tyle możliwości... Możecie przeglądać podręczniki, internet, możecie oglądać filmy z napisami, słuchać piosenek (a przy tym sprawdzać ich tłumaczenie, bo przecież gdy piosenka Wam się podoba, to chyba jesteście zainteresowani o czym jest?), przeglądać artykuły w internecie, sprawdzać komentarze na zagranicznych forach, zapisywać słówka jakie przyjdą Wam do głowy i sprawdzać je w słowniku, możecie rozmawiać na zagranicznych czatach, chodzić do szkół językowych, przeglądać śmieszne strony w innym języku... I tak to robicie w domu. Czytacie ten wpis, a więc macie czas – chociażby przy porannej kawie. Nie ograniczajcie się tylko do polskich blogów! Od dziś uczycie się niemieckiego? Świetnie. Znajdzie jakiś blog po niemiecku, który będzie dotyczył Waszej ulubionej tematyki, np. gotowania. I co z tego, że nie będziecie rozumieć artykułu? Ale na Waszym facebooku będą pojawiać się kolejne wpisy opatrzone tytułem i obrazkiem – a wklepanie słowa do słownika internetowego trwa raptem kilka sekund. No nie mówcie, że nie zapamiętacie, skoro ten nagłówek będzie Wam się przewijał przed oczami nieraz... BEZ PRZERWY wplatajcie język obcy w życie codzienne. Jeśli zepsują Wam się głośniki do komputera i akurat cały tydzień przymierzacie się do ich kupna – sprawdźcie, jak jest „głośnik” w języku, którego się uczycie! Na bank to zapamiętacie, bo za każdym razem, gdy będziecie powtarzać, że musicie iść do Saturna kupić głośniki, to będziecie wiedzieli, jak one brzmią w innym języku. I co z tego, że na kursie językowym (jeśli na taki uczęszczacie) przerabiacie dopiero godziny i dni tygodnia? Wy będziecie już wiedzieli, jak jest „głośnik”. To tak jak z językiem ojczystym – gdy zepsuje się Wam jakaś część w komputerze i nie wiecie, jak się nazywa, to sprawdzicie to w internecie (albo kogoś zapytacie), czyż nie? No właśnie. Na koniec dodam coś, o czym doskonale wiecie - język trzeba pielęgnować, jak roślinę. On potrzebuje zainteresowania, bo inaczej uschnie, a słowa których się kiedyś nauczyliśmy zaczną wypadać z głowy, niczym wysuszone listki. Chcecie się nauczyć języka? To po prostu się z nim zaprzyjaźnijcie, bo z przyjacielem fajnie spędza się czas :) Powodzenia!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz